Kieślowski i duchy – polemika

Na temat Kieślowskiego i jego filmów od lat słucham i czytam – także jako autor, redaktor i wydawca publikacji o nim – mnóstwo najrozmaitszych opinii. Te, które przedstawia red. Kłopotowski w pomyślanym jako „dyskusyjny” tekście „Kieślowski i duchy” („Film” 2/2002), nie są odkrywcze ani zbyt oryginalne, za to niejednokrotnie – bałamutne, pokrętne, niewolne od wzajemnych sprzeczności.

Właściwie nie wiadomo do końca, o co autorowi „Filmu” chodzi – czy o to, by po prostu „zamieszać”, czy o to, by popisać się swoim rzekomo „dyskursywnym myśleniem”? A może zamiar był śmielszy, ambitniejszy – wzbudzić podejrzenia, podać w wątpliwość, „ściągnąć w dół”, „skazić” cieszącą się dziś tak wielkim uznaniem i szacunkiem na świecie postawę i twórczość Kieślowskiego, tak jak inni usiłowali robić z działalnością np. Miłosza czy Szymborskiej, gdy otrzymali oni Nagrodę Nobla?

Na szczęście prawdziwa sztuka potrafi bronić się sama: filmom Kieślowskiego enuncjacje Kłopotowskiego ani nie pomogą, ani już nie zaszkodzą. Toteż jego tekst najchętniej pominąłbym milczeniem, gdyby nie ów prokuratorski ton, w jakim niektóre z opinii i pretensji są wyrażane. A znać w nich ślady iście ZMP-owskiej, wczesnopeerelowskiej, zdawałoby się dawno już wrzuconej do lamusa pryncypialności. Ta, jak wiadomo, przejawia się m.in. żądaniem od twórców i ich dzieł, aby zajmowały zawsze „jasne” i „jedynie słuszne” stanowisko ideowe.

I oto teraz Kłopotowski zarzuca Kieślowskiemu głównie to, że nie zajmował „jasnego stanowiska”! I cechowało go stosowanie uników – zarówno w pierwszym okresie kariery reżyserskiej, gdy „szukał usprawiedliwień dla tych ludzi reżimu, którzy chcieli dobrze”, jak i w ostatnim, kiedy „podobną postawę uniku przyjął (o zgrozo!- S.Z) wobec metafizyki.

Zaiste, to nie lada przewinienia, na dodatek odkryte dopiero w trakcie lustracji dokonywanej przez Kłopotowskiego. Skąd jednak ta pewność, że reżyser np. czegoś unikał? A może najzwyczajniej w świecie nie chciał, nie mógł, nie potrafił albo go akurat to nie interesowało? Czy zresztą miał jakiś niezbywalny obowiązek zajmowania „jasnego stanowiska”? Kieślowski, jak każdy twórca, miał prawo dzielić się swoimi rozterkami i wątpliwościami – i z tego prawa korzystał. Zresztą niczego nie musiał – ani w życiu, ani w kinie, robić tak, jak może życzyliby sobie tego ci, w których potrzeby, gusty czy upodobania nie trafił…

W oczach Kłopotowskiego nie może jednak Kieślowski uchodzić za wielkiego artystę, bo „prawdziwa wielkość ma wysoką cenę”. Takiej – sugeruje krytyk – Dieslowski nie zapłacił: „w odniesieniu do metafizyki był za dużym asekurantem”; pozwalał też publiczności „zaniechać otwarcia się na duchową perspektywę, co wymaga ciężkiej pracy nad sobą…”, a poza tym też „był uwikłany w system” i „nie skorzystał z okazji, by pokazać, co myśli naprawdę, gdy nadeszła wolność”. No, cóż – każdy korzysta z wolności, jak potrafi. Autor „Filmu” niedawno rozprawiał się na łamach „Rzeczypospolitej” z „baronami” polskiego kina, potem nawoływał do zmiany naszego dotychczasowego paradygmatu kulturowego na nowy, pragmatyczny… Teraz przyszła kolej na zrewidowanie dorobku Kieślowskiego. Kto będzie następny, za co i w jaki sposób będzie bity? I co to da?

Należę akurat do tych, którzy walor i siłę oddziaływania wielu filmów Kieślowskiego upatrują w ich emocjonalnej prawdzie oraz w ogromnych możliwościach interpretacyjnych, które oferują one widzom. Cenię twórcę „Trzech kolorów” nie za to, że stawiał ważne pytania, ale dlatego, że nie udzielał na nie jednoznacznych odpowiedzi; że nie pouczał, choć sugerował pewne tropy – zamiast recept, rad czy przestróg podsuwał łamigłówki i rebusy z wieloma niewiadomymi; nie stroił przy tym od zwracania uwagi na paradoksy, antynomię, rolę przypadku… – (…) Pokazywał pęknięcie w głębi człowieka… Wpuszczał światło w środek ludzkich pęknięć i opowiadał o możliwości pojednania. Tym sposobem pośredniczył w drodze człowieka do samego siebie… – mówił po śmierci reżysera ks. prof. Józef Tischner. On potrafił dostrzec, że horyzontem Kieślowskiego wcale nie był agnostycyzm; uważał, że twórca filmowego „Dekalogu” wybrał świadectwo tajemnicy… Ale to pogląd wielkiego Tischnera.

Na warszawskiej imprezie pt. „Kieślowski znany i nieznany” (w marcu 1998) Andrzej Szczypiorki przywołał swoja rozmowę z jednym z amerykańskich producentów filmowych, który powiedział: – Z każdym polskim reżyserem mógłbym pracować, ale nie z Kieślowskim. – Dlaczego nie z Kieślowskim? – dociekał nasz pisarz. – Bo on nie wierzy w Boga – odparł Amerykanin. Szczypiorki przyjął to z osłupieniem. Był bowiem zdania, że jeśli w polskiej kinematografii dręczyła jakiegoś reżysera pasja metafizyczna, to był nim właśnie Kieślowski. – Ale może tamten Żyd z Hollywood, który mówił o bezbożności Kieślowskiego, miał osobliwą rację – powiadał Szczypiorki. – On przecież już dawno odnalazł swojego Boga ze Starego Testamentu. Dla człowieka, który własne sprawy z Panem Bogiem uporządkował i uładził na całe życie, który z Bogiem rozmawiał w domu, na planie filmowym, w samolocie, w hotelowym pokoju, codziennie, zwyczajnie, jak to się czyni od tysięcy lat (…) – otóż dla tak wierzącego człowieka Kieślowski, który namiętnie i uparcie szukał, i chyba do końca nie znalazł, mógł się wydać ogromnie podejrzany… konkludował pisarz. Przytoczonym przykładem dał do zrozumienia, że „Kieślowski poszukujący, wątpiący, otwarty” raczej nie zostanie zaakceptowany przez wszelkiej maści ortodoksów. I zdaje się, że tak jest.

Problem, jaki ma Kłopotowski z Kieślowskim, poniekąd wynika z ortodoksyjnego sposobu myślenia tego krytyka. Nie ma w nim miejsca na odstępstwa od „linii” i wydumanego ideału. Nie ma miejsca na wyrozumiałość i drobinę empatii. Zapewne dlatego pretensję do Kieślowskiego nie sprowadzają się do tego, co pokazał on na ekranie. Sedno rzeczy tkwi w tym, czego nie pokazał i nie powiedział. Czego nie zrobił tak, jak wymarzyłby to sobie autor „Filmu” – znawca „wschodnioeuropejskich zniewolonych umysłów”, dumny ze swej świeżo nabytej w Nowym Jorku światowej perspektywy (jak na ironię, Ameryka „kupuje” Kieślowskiego z całym dobrodziejstwem inwentarza).

„Nie dowiemy się, czy Kieślowski zdobyłby się na zrównanie komuny z nazizmem… Czy w porównaniu obu ustrojów przeszkodziłby Kieślowskiemu sentyment do młodości spędzonej na wymuszonych kompromisach?… Nie dowiemy się, czy został trwale zarażony, czy pozostał „dzieckiem Peerelu”?” – ubolewa Kłopotowski i chyba potrafię zrozumieć, dlaczego tak mocno ubolewa.

Przypuszczam, że gdyby Kłopotowski wiedział, że twórca „Przypadku” zrównał komunę z nazizmem i niczym neofita, który spadł z Księżyca, wyparł się PRL-u, to poczułby się o niebo lepiej. Może wspaniałomyślnie darowałby Kieślowskiemu i brak jasnego stanowiska, i te koniunkturalne pomysły, i te podejrzane nagrody. Postawiłby go na piedestale. Może wyżej niż Tarkowskiego…

Niestety, nie może… Kieślowski, zanim został „dzieckiem PRL-u”, najpierw był dzieckiem wojny, co nie jest bez znaczenia. Był jednym z najuczciwszych ludzi, jakich w życiu spotkałem. Jednym z nielicznych, którzy nie zakłamywali swojego życiorysu, którzy mieli odwagę postawić lustro minionym czasom, systemowi i sobie samemu. I którzy nie „kopali leżącego”. Zamiast tego oferowali rozmowę o tym, co może nas chronić przed współczesną egzystencjalną pustką… A może i przed ortodoksją, bez względu, czy na imię jej polityka, partia, Bóg czy metafizyka. To właśnie go wyróżniało – nie „nędza duchowa”, którą Kłopotowski dostrzegł w „Czerwonym”, lecz wielka, godna największego podziwu niezależność duchowa. Niezależność – nie absolutna, ale na jego miarę, miarę jego możliwości i doświadczeń, które na odwieczne pytanie nas wszystkich: Jak żyć?, kazały mu szczerze odpowiadać: – Nie wiem, ale jak każdy z nas pragnę wiedzieć…

Artykuł autorstwa Stanisława Zawiślańskiego, zamieszczony w magazynie „Film” (marzec, 2002 rok, str. 104-105)
Tekst spisany i udostępniony dzięki uprzejmości Witolda „Syzyfa” Paczkowskiego

__
Witold Paczkowski
Pozostaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *